Gdy Bóg powołuje...

czwartek, 26 maja 2016 Gdy Bóg powołuje...

Stoją w cieniu swoich synów. Najczęściej z cichą modlitwą w sercu i różańcem w ręku. Rozumieją, że droga ich dzieci wiąże się z pewną tajemnicą. Są skromne i szczęśliwe, a jednocześnie pełne troski i gotowości do pomocy.

 

Rozmowy z mamami kapłanów przyniosły mi wiele wzruszeń. Bardzo się ucieszyłam, gdy zgodziły się otworzyć i opowiedzieć o sobie. Nie wiedziałam, że będą to tak piękne chwile. Najpierw rozmawiałam z panią Barbarą Komoszyńską.

- Gdy syn idzie do seminarium, wszystko zaczyna się zmieniać. Od początku mieliśmy świadomość, że oddajemy nasze najstarsze dziecko Panu Bogu. Modliliśmy się, by syn dobrze rozeznał powołanie. Teraz prosimy, by w nim wytrwał. Zawsze może liczyć na nasze modlitewne wsparcie. Omadalmy każdy jego wyjazd i przedsięwzięcie, w którym bierze udział. Modlę się za niego każdego dnia. Przed Bogiem pamiętamy też o innych kapłanach - opowiada pani Basia. To ona pierwsza dowiedziała się o planach syna. Przyznaje, że trochę się tego spodziewała. - Wiedziałam, że codziennie uczestniczy w Mszy św. i czyta Pismo Święte. Kiedy przyszedł do mnie i powiedział, że idzie do seminarium, byłam nieco zaskoczona, ale czułam też radość i dumę. Jego kursowi koledzy stali się dla nas jak własne dzieci. Mówią do nas: „mamo” i „tato”. My nazywamy ich swoimi synami. Często do nas wpadają, z czego bardzo się cieszymy - podkreśla mama ks. Marcina Komoszyńskiego.

Jak po ogień

Pani Basia zaznacza, że syn zawsze może liczyć na wsparcie rodziców i rodzeństwa. Często są to zwykłe, codzienne sprawy, np. pomoc przy sprzątaniu, upieczenie imieninowego ciasta. - Cieszymy się, gdy nas odwiedza, choć zwykle wpada do domu jak po ogień. Kiedy organizujemy rodzinne uroczystości, staramy się tak dobierać terminy, by mógł być z nami. Zawsze powtarza mi, bym się o niego nie martwiła i skupiła się na pozostałych dzieciach - mówi moja rozmówczyni, podkreślając, że jeśli Pan Jezus powołuje z domu dziecko, to sam przychodzi w jego miejsce. - Doświadczamy tej Bożej miłości. Do dziś pamiętam, jak syn przyjechał do domu po święceniach diakońskich. Był z nami także podczas modlitwy wieczornej, do której klękamy całą rodziną. Modliliśmy się tak samo, jak każdego innego dnia, ale na koniec Marcin nas pobłogosławił. To było niesamowite, uwierz mi! Nasz syn nas błogosławił - opowiada ze łzami w oczach pani Basia.

Ogromne przeżycia

Również pani Jadwiga Niewęgłowska jako pierwsza dowiedziała się, że syn chce zostać kapłanem. - Cieszyłam się i modliłam, bo zdawałam sobie sprawę, że choć to piękna, to jednocześnie trudna i odpowiedzialna droga. Taka inna, boska… Bo kapłaństwo opiera się na dialogu człowieka z Bogiem. Być mamą księdza to wielka radość i odpowiedzialność. Przeżyłam piękne chwile, doświadczyłam wielu wzniosłych uczuć, takich jak miłość, duma i szczęście. Syn Remigiusz zawsze może liczyć zarówno na nas, jak i rodzeństwo. Dużo modlę się w jego intencji. Proszę, by Matka Boża opiekowała się nim i go prowadziła. Został powołany do ważnych zadań, przywdział skromny strój i wielu czeka na jego słowo. Większe cele wymagają większej miłości i o tę miłość Bożą trzeba gorąco się modlić i zabiegać - mówi pani Jadwiga.

Ks. Remigiusz otrzymał święcenia dziewięć lat temu, ale dla jego mamy tamte wydarzenia wciąż są bliskie i świeże. - Zawsze ogarnia mnie wzruszenie, gdy mogę być na Mszy św., którą celebruje syn. Wielkim przeżyciem były też obłóczyny, prymicja i wyjazd na pierwszą parafię. Bardzo przeżywałam, gdy głosił swoje pierwsze rekolekcje. Do dziś pamiętam lata, gdy studiował w Rzymie, kiedy pisaliśmy do siebie listy. Ciągle przed oczami mam widok, kiedy leżał krzyżem przed przyjęciem święceń - wylicza pani Jadwiga.

Dwaj synowie w jednej osobie

Piękne świadectwo daje też pani Dorota Mazurek, mama ks. Piotra. - Często mam poczucie, że jako matka kapłana jestem… mamą dwóch synów w jednej osobie. Widzę w nim moje dziecko, które znam od pierwszych chwil jego życia. Wspominam czasy przedszkolne i szkolne, jego pierwsze radości, sukcesy i porażki, jazdę na rowerze, lata spędzone w szkole średniej. W Piotrku widzę też kapłana. Wybrał życie, które nie do końca rozumiem i znam. To wciąż moje dziecko i zawsze nim będzie, choć z drugiej strony wiem, że teraz nie jest tylko mój, bo należy do Boga i innych ludzi - podkreśla pani Dorota.

Ks. Piotr pochodzi z wielodzietnej rodziny. Ma dwóch braci i trzy siostry. - Jest najstarszy. Nie narzucaliśmy mu, co ma zrobić ze swoim życiem. Kiedy powiedział, że chce być księdzem, poczułam radość. Po cichu marzyłam, by któreś z moich dzieci zdecydowało się na taką drogę. Była też nutka żalu, bo to przecież inne życie, którego do końca nie znałam. Gdy odjeżdżał do seminarium, wszyscy płakaliśmy, choć obiecywaliśmy sobie, że tak nie będzie. Wyjechał pod koniec sierpnia. Po raz pierwszy odwiedził nas dopiero na Wszystkich Świętych. Trudno było mi przyzwyczaić się do jego nieobecności. Początkowo nie wiedziałam, ile łyżek mam wyjąć, gdy nakrywałam do obiadu. Wliczałam go do grona domowników, mimo że nie był już z nami. Odwiedzaliśmy go w seminarium. Nie było łatwo, zarówno jemu, jak i nam, ale powoli się przyzwyczajaliśmy - opowiada mama ks. Piotra.

Nasza poszerzona rodzina

Pani Dorota zaznacza, że jej relacja z synem jest dziś nieco inna niż wcześniej, choć równie piękna. - Przyjeżdża do nas. Wiem, że ciągnie go do domu, nie zapomina o rodzeństwie. Moje dzieci wspierają się i pomagają sobie. Piotrek wpada do domu jak po zapałki, ciągle się spieszy, ale musimy do tego przywyknąć. Mnie jako matce chyba najtrudniej to przyjąć. Wiem, że syn inaczej niż ja patrzy na różne sprawy. Nie mogę i nie mam prawa pytać go o wszystko, bo wiem, że ludzie powierzają mu swoje tajemnice. Zapewne nie jest łatwo słuchać o problemach innych, sprawować sakrament pokuty. To musi być obciążające i wymaga wewnętrznej siły - zaznacza pani Dorota.

Podkreśla, że modli się za wszystkie swoje dzieci. Nie ukrywa, iż robi jej się przykro, gdy słyszy negatywne opinie o kapłanach. - Dotyka mnie, gdy ktoś szkaluje księży. Wiem, że te osoby za jakiś czas i tak przyjdą do nich z prośbą o sakramenty czy inny rodzaj wsparcia. Kolegów syna - księży traktuję jak rodzinę. Mamy z nimi bliskie relacje. Wszystkich staramy się przyjąć serdecznie - zapewnia D. Mazurek.

Modlę się i wierzę

Podczas rozmowy pani Dorota trzyma obrazek prymicyjny syna. Drżącym głosem czyta słowa, które ks. Piotr obrał za swoje kapłańskie motto: „Czym się Panu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył. Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pana”.

- Może syn chciał swoim wyborem podziękować za wszystko, co dostał w życiu, za to, co otrzymała nasza rodzina. Być może Bóg wezwał go, bo wiedział, że się sprawdzi, pomoże innym, będzie w stanie wesprzeć tych, którzy tego potrzebują. Teraz jest rezydentem, pisze pracę doktorską. Doba jest dla niego za krótka, ciągle gdzieś się spieszy, ma dużo pracy. Martwię się o Piotra, ale jestem też dumna z syna. Modlimy się za niego i wierzymy, że z Bożą pomocą będzie szedł dobrą drogą, iż nic go nie wykrzywi, nie zniechęci do ludzi i kapłańskiej aktywności na różnych polach - kończy pani Dorota.

Wszystkim mamom kapłanów życzymy wielu Bożych łask, mocy Ducha Świętego i wsparcia najmilszej Miriam; niech Ona będzie dla Was przewodniczką w tym niezwykłym macierzyństwie!

 

Ks. Łukasz Kałaska, wikariusz parafii św. Brata Alberta w Łukowie:

Mama to dla mnie symbol nieustannej troski. Do dziś jest dla mnie tajemnicą, jak przeżywała wszystkie trudności życia rodzinnego. Dlatego tym bardziej podziwiam ją jako kobietę i matkę. Pochodzi z licznej rodziny. Jest prawie najmłodszym dzieckiem. Najstarszego rodzeństwa nie pamięta z czasów wspólnego życia pod jednym dachem. Rodzina od strony mamy liczy kilkadziesiąt osób, które przez lata łączyła osoba babci. Gdy odeszła, nadal byliśmy jednością, ale już nieco inaczej. Nikt nie śmiał wejść w jej rolę stania się „wodzirejem” w naszej rodzinie. Dla mnie był to cichy hołd oddany kobiecie, która pełniła funkcję nie do zastąpienia. Tym właśnie jest dla mnie matka. Jej głęboko zakorzenione pragnienie zachowania członków rodziny i zapewnienie im możliwości rozwoju jest nie do podrobienia przez mężczyzn. Kiedy poszedłem do seminarium, coraz bardziej czułem, że przestaję być tylko dla mojej rodziny. Gdy podejmowałem decyzję o kapłaństwie, rodzice nawet nie mówili, czy są „za”, czy przeciw. Z czasem odczytałem to jako ich ogromną mądrość. Zdaję sobie sprawę, iż mama inaczej niż ja przeżywa moje kapłaństwo i wszystko, co jest z nim związane -poczynając np. od egzaminów w seminarium, a kończąc na problemach życia kapłańskiego. Bardzo dowartościowujące dla mnie jest to, że nie jest nadopiekuńcza. Ufa, iż sobie poradzę. To jej wielka mądrość: wiedzieć, kiedy się wycofać. W trakcie seminarium ważne dla mojej mamy było to, czy jesteśmy radośni. Po powrocie z odwiedzin lubiła powtarzać, że w seminarium panuje wesoła atmosfera. W tonie jej wypowiedzi czuć było, jakby z jej serca spadał kamień. Nigdy nie pokazała, że miała problem z oddaniem mnie Kościołowi. Teraz nasze relacje się zmieniły. Kiedyś przeważnie tylko brałem. Obecnie wielką radość sprawia mi każda chwila, kiedy mogę być przydatny rodzicom. Zawsze mogę na nich liczyć, ale chcę, by wiedzieli, że oni również mogą na mnie polegać.

Autor: Agnieszka Wawryniuk
Źródło: Echo Katolickie

KOMENTARZE

Brak komentarzy

zostaw komentarz