Zgorszeni zmartwychwstaniem

sobota, 9 kwietnia 2016 Zgorszeni zmartwychwstaniem

Jezus nauczał, że On sam może stać się przyczyną zgorszenia, co brzmi jak prowokacja. Absurdalne byłoby jednak twierdzić, że faktycznie chciał On czyjegoś upadku z powodu swojej Ewangelii. Dlaczego więc tak o sobie mówił?

 

Zazwyczaj zgorszenie kojarzymy z postawą człowieka, który postępuje grzesznie i z tego powodu niejako zachęca innych do zła. Jezus mówił o gorszycielach z wielką stanowczością: „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze” (Mk 9, 42). Albo na innym miejscu: „Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18, 7). W podobnym tonie wypowiadał się o uczonych w Piśmie i faryzeuszach, którzy nie byli wprawdzie publicznymi grzesznikami, a jednak odrzucali wiarę w Chrystusa. Przestrzegał przed ich zgubnym nauczaniem: „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami” (Mt 7, 15). Jeśli Jezus tak stanowczo ganił postępowanie gorszycieli, dlaczego przyznał, że On również może być przyczyną zgorszenia?

 

Skandalon

Całe nieporozumienie kryje się w tłumaczeniu greckiego rzeczownika skandalon, który w języku polskim najczęściej przekłada się na „zgorszenie” lub „zwątpienie”. Podobnie jest z czasownikiem skandalizo, który odnosi się do czynności gorszenia lub budzenia zwątpienia. W greckim oryginale przywołane słowa znaczą jednak tyle, co przeszkoda lub stawianie przeszkody, o którą ktoś może się potknąć i upaść. Na przykład, jeśli ktoś widzi, jak powodzi się temu, kto kradnie, może chcieć go naśladować. Mówiąc językiem biblijnym, zgorszony może potknąć się o zły przykład złodzieja i samemu zacząć kraść.

W Nowym Testamencie odnajdujemy słowa Jezusa, w których również użyty jest czasownik skandalizo, ale w innym znaczeniu niż powyżej. W Ewangelii wg św. Mateusza czytamy: „Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi” (Mt 11, 5). W tym miejscu znajduje się również czasownik skandalizo, który można przetłumaczyć jako obawę Jezusa o zgorszenie z powodu tego, co robi. Używając języka biblijnego, można byłoby powiedzieć, że Jezus obawia się czyjegoś zwątpienia w Niego z powodu niezwykłych czynów, których dokonuje. Nie chodzi jednak o samą ich cudowność, ale także o wyrażającą się w nich miłość do wszystkich ludzi, a szczególnie do tych, którymi wtedy najbardziej pogardzano. To właśnie ta miłosierna miłość i bezpośredniość Boga w Jezusie mogła budzić niezrozumienie, a nawet sprzeciw. Podobnie pisze ewangelista Marek o mieszkańcach Nazaretu, którzy „powątpiewali o Nim”, albo, mówiąc inaczej, „gorszyli się Nim”, kiedy mówił o sobie, że jest Synem Bożym (por. Mk 6, 3).

 

Zgorszenie Jezusem

„Zgorszenie” Jezusem nie prowadziło więc do upadku moralnego, ale oznaczało trudność w przyjęciu objawionej w Nim prawdy o Bogu, który jest miłością. Patrząc na życie Jezusa, Jego ciało, pochodzenie i rodzinę, mógł ktoś pytać o prawdziwość tego objawienia. Jak to możliwe, że Bóg przychodzi w ludzkiej postaci? Dlaczego mamy wierzyć temu człowiekowi, który jest podobny do nas, że On naprawdę jest Bogiem? I faktycznie, ludzie, którzy znali Go jeszcze z dzieciństwa pytali: „Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?”. Niebezpieczeństwo „potknięcia się” o człowieczeństwo Jezusa i powątpiewanie w Jego bóstwo potęgowało się wraz z narastającym objawieniem miłości miłosiernej, tzn. ze zbliżaniem się do krzyżowej męki i śmierci. Stąd, w czasie ostatniej wieczerzy Jezus oznajmił dwunastu uczniom: „Wszyscy zwątpicie we Mnie”. Także w tym miejscu znajduje się czasownik skandalizo (por. Mk 14, 27). Trudność w przyjęciu prawdy o Chrystusie, Bogu wcielonym, stała się prawdziwą przeszkodą dla wiary, kiedy Jezus umierał na krzyżu, a Jego uczniowie się rozproszyli. Bóg może kochać, ale nie w ten sposób, nie w takim upokorzeniu. W tradycji Kościoła mówi się wręcz o Deus absconditus, czyli Bogu ukrytym za zasłoną ludzkiego cierpienia. Nie można się więc dziwić św. Pawłowi, który o Chrystusie ukrzyżowanym pisał, że jest skandalon, tzn. zgorszeniem dla Żydów (por. 1 Kor 1, 22–23).

 

Przekroczenie granic wyobraźni

Dlaczego pierwszym uczniom tak trudno było uwierzyć w Boże Synostwo Jezusa? Dlaczego nie wszyscy wytrwali pod krzyżem? Jezus sam wyjaśnił: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 12-13a). Uczniowie nie mogli znieść prawdy o Synu Boga, który cierpi i umiera, nie rozumieli, że Boża miłość polega na uniżeniu. Nie mogli, bo nie spodziewali się, że On powstanie z martwych. To przekraczało ich wyobraźnię. Wiele rzeczy mogli sobie wyobrazić. Mogli pomyśleć o ewentualnym wskrzeszeniu, tzn. przywróceniu Go do życia na ziemi przez Boga, jak uczynił to Jezus wobec umarłego Łazarza. Nie byli jednak w stanie przewidzieć, że On naprawdę pokona śmierć i otworzy wszystkim ludziom drogę do wieczności. Cała historia ulega więc radykalnej zmianie, kiedy po zmartwychwstaniu uczniowie oglądają Go żywego, a On tchnie na nich swojego Ducha. To właśnie w tym Duchu rozpoznają w Nim Pana chwały i Bożego Syna, nad którym śmierć nie ma już władzy.

 

Uczestnictwo w rzeczach niezwykłych

Czy po tym wydarzeniu zgorszenie już całkowicie minęło? Czy głoszenie Chrystusa Zmartwychwstałego nie budziło żadnego oporu ze strony Żydów? Wiemy, że sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Uczniowie, którzy widzieli żywego Chrystusa, zostali napełnieni Duchem Świętym i w mocy tego Ducha rozgłaszali wszystkim dobrą nowinę o zbawieniu. To jednak budziło jeszcze większy sprzeciw ze strony Żydów i prowokowało prześladowania. Dlaczego? Głównym powodem było zamknięcie umysłów wielu z nich na prawdę, która przekraczałaby ich prawnie określony schemat relacji do Boga. To przecież oni najlepiej wiedzieli, kto jest blisko, a kto daleko od Boga. Bliskość Boga w Jezusie wcielonym ich gorszyła. Objawiony Bóg w Jezusie Chrystusie przekraczał ich religijną wyobraźnię. Zmartwychwstanie Chrystusa nie było przecież tylko potwierdzeniem, że On jest Bogiem. Efektem wiary w zmartwychwstanie było także poszerzenie horyzontów myślenia o życiu i miłości tych, którzy za Nim poszli. To, co odkryli, można opisać w następujący sposób: oto dzięki Bogu mogą zdarzać się człowiekowi rzeczy zupełnie nieprzewidywalne, niezwykłe i piękne, jeśli tylko naprawdę będzie on kochał miłością naśladującą miłość ukrzyżowaną. To przecież Chrystus, pozostając wierny takiej miłości, zwyciężył zło. Obok wiary w Chrystusa Zmartwychwstałego, we wspólnocie uczniów zrodziło się więc coś, co na zawsze będzie określało sposób myślenia chrześcijan, a co brat Roger z Taizé określił jako „życie tym, co nieoczekiwane”. Tylko miłość naprawdę zaskakuje, tworzy coś nowego. Stąd wiara uczniów, którzy dotykali Zmartwychwstałego, to całkowity przewrót ludzkiej wyobraźni, która przestała ogranicza się do tego, co przewidywalne. Zapewne był to również ten moment historii pierwotnego Kościoła, w którym obudziła się świadomość wiary polegająca na całkowitym zawierzeniu Bożym planom. Bóg objawił się w pełni jako Ten, który, jak mawiał św. Ignacy Loyola, jest zawsze większy.

W tym kontekście warto zadać sobie pytanie, jaka będzie nasza reakcja na papieską adhortację po synodzie o rodzinie. Przecież i nam może zabraknąć otwartości wiary na drogę, po której chce prowadzić nas Bóg. Mogą ograniczać nas nasze obawy i przewidywania. Mogą rodzić się w nas także pokusy doszukiwania się tylko powodów do zgorszenia. Często zapominamy, że nauczanie Kościoła jest najpierw dziełem Ducha Świętego, a dopiero potem wysiłkiem intelektualnym człowieka.

 

Zgorszenie nadal trwa

Zgorszenie Chrystusem ma się niestety nadal całkiem dobrze. Sprzeciw budzi jednak nie tylko wiara w Jego Boże synostwo, ale także owa zmiana sposobu pojmowania świata, jaka dokonała się w Jego uczniach dzięki wierze w zmartwychwstanie. Otóż, od momentu powstania przez Chrystusa z martwych, zrozumieli oni, że na historię świata mogą wpływać przede wszystkim przez postawę ofiarnej i wiernej miłości, której przykład odnajdują w ukrzyżowanym Chrystusie. Świat ludzi przestał być dla nich jedynie siatką ludzkich wpływów, w której każdy koncentruje się na osiągnieciu własnych korzyści. Okazało się on radykalnie inny. Oto świat i jego przyszłość należą całkowicie do Boga i tych, którzy żyją na wzór Jego miłości. Właśnie przez tę miłość Bóg zbawia świat i to ona jest esencją życia Kościoła. Dlatego u źródeł wiary pierwszych chrześcijan nie znajdziemy egoistycznego zamknięcia się we własnym towarzystwie, w którym uczniowie szukaliby bezpieczeństwa za pomocą ludzkich środków. Pierwsi uczniowie, zachwyceni prawdą o zmartwychwstaniu, wyszli z Palestyny i ruszyli na cały świat. Nie tworzyli atmosfery bezpiecznego getta, ale docierali tam, gdzie ludzie potrzebowali wolności od lęku przed śmiercią i doczesnym upokorzeniem. Świat potrzebuje takiego chrześcijaństwa. Tym bardziej dzisiaj, gdy narastają pokusy do obudowywania chrześcijańskich społeczeństw murem lęku i pochopnych osądów kierowanych pod adresem ludzi innych kultur i religii. Tylko czasami są to osądy prawdziwe. Bywają jednak także te, które są bardzo ogólnikowe i krzywdzące.

Prawda o Chrystusie zmartwychwstałym, która chce zmienić ludzki, egoistyczny sposób myślenia, nadal budzi „zgorszenie”. Niestety także wśród wierzących.

Autor: Ks. Mirosław Tykfer
Źródło: Przewodnik Katolicki

KOMENTARZE

Brak komentarzy

zostaw komentarz